Zawody Angerer Open 2017

Autor:

Od jakiegoś czasu zaczęła znów nachodzić mnie myśl o lataniu na lotni. Trzeba gdzieś pojechać i przeprosić się z lotnią, zarastającą kurzem przez długie, samotne przestoje w klubowym hangarze. Trochę leżała, bo zeszły rok nie należał do obfitych w latanie, a jest to przecież jedna z największych z przyjemności obok seksownych dziewczyn jakie daje mi życie. Ale to też nie oznacza, że zeszły rok był jakiś słaby i bez przyjemności… wręcz przeciwnie bogatszy o nowe przyjaźnie i kolejne wariactwa.

W święta narada… Andrzej rzucił hasło Angerer Open – najszybciej i na południe zatem już ciepło, w krótkich rękawkach chodzili poprzednio – dodał. OK przekonało mnie to, jedziemy bez zastanawiania odparłem ;) Monika zarezerwowała noclegi i wycofki już nie było.

Angerer nieduża miejscowość koło Salzburga. Umówieni z Piotrkiem, który dojechał z Monachium wraz z Howardem i najstarszym lotniarzem z ich klubu spotkaliśmy się na drodze na startowisko. Dzięki temu zaoszczędziliśmy na kluczeniu i szukaniu drogi, a przede wszystkim na sprzęgle :P, które w przeładowanym samochodzie na stromych, krętych podjazdach, cofając, szukając szybko daje o sobie znać wyraźnym swądem w kabinie :)… a trzeba jeszcze chociaż wrócić…

Na górze byliśmy pierwsi – mogliśmy zaparkować najbliżej startowiska. Kto nie nosi lotni to nie wie, że każde 50 m jest bardzo istotne. Po przybiciu piątek, żółwików, miśków i innych symboli powitalnych zameldowaliśmy się w biurze zawodów … wypełnianie danych, wpisowe, przydzielenie nr. Wszystko było ok do póki nie pokazali mi dokąd trzeba dolecieć. Dekoncentracja trwała jakiś czas. Długo niedowierzałem i upewniałem się, że mówimy o tym samym polu tam na horyzoncie. Byłem pewien że to nie osiągalne z tego miejsca, które miało 350 m przewyższenia. Dojrzałem do myśli. Przeanalizowałem jakieś pola awaryjne, jakieś przeszkody. Ok jakoś to będzie. Monika widząc moje wątpliwości świadoma możliwości mojej lotni rozłożyła ręce patrząc na swojego marsa :))) OK, mówi po chwili. Byle przelecieć autostradę. Piotrek z doświadczeń z ubiegłego roku nie łudził się i wziął lotnie do przygodnych terenów. Jak się później okazało był przygotowany również na dole, ustawiając rękaw na polu do którego oscylował, że doleci. Oczywiście pod przykrywką, że dla Moniki ;D

Między czasie zaczęło przybywać zawodników… Rozłożyłem lotnie, poszedłem rzucić okiem na inne skrzydła i porobić zdjęcia. Fajne w tym sporcie jest to, że praktycznie możesz brać udział w zawodach rangi mistrzostw Europy czy świata, latać z mistrzami i z nimi konkurować… porównując to do innej dyscypliny to tak jakby mając tylko prawo jazdy móc ścigać się z Kubicą. Ponadto, mimo rywalizacji jest to sport bardzo towarzyski i koleżeński.

Zaczęły się starty, kolejność nie obowiązkowa, kto wyczuł swój moment wchodził na pseudo rampę, zgłaszał numer i po wyczekaniu kierunku i w ogóle jakiegoś podmuchu, rozpędzał się, stoper zaczynał odmierzać czas i tyle go widziano :) Niestety jednego zawodnika widzieliśmy dłużej. Dość ciężki pilot w ciszy i na combacie, po oderwaniu przeciągnął, zerwał strugę i robiąc cyrkla złamał ramie… na szczęście sterownicy nie swoje ;P

Po tym incydencie wcisnął się na rampę Andrzej idąc rzucił do nas hasło startujcie jak najszybciej bo lepiej nie będzie;)… Niemcy też się pokapowali i lawina ruszyła. Wiatr totalnie ucichł nawet z tendencją z tyłu, więc długo każdy modlił się przed startem…szczególnie ciężcy piloci. Zrobiła się kolejka z bliżej nie określonym końcem. Monika podstawia się z marsikiem i korzystając z przywilejów wbiła między najnowsze technory i karbonowe speedbary… fajny widok :) Jakiś Niemiec zainteresowany rokiem produkcji zerknął na tabliczkę i podekscytowany coś powiedział do kolegi.

Doszła moja kolej. Zbyt długo się nie zastanawiałem przecież mam niedoważone skrzydło, dam radę… i tak było… . Niestety na trasie przez tę niedowagę ciężko napędzić lotnię. Trudno coś za coś myślę, wolniej ale za to wyżej idę, mam szanse na dolot. Po drodze minąłem Monikę i jakiegoś glajta, który lądował na polu. Ale ponoć tego dnia udało się jakiemuś paralotniarzowi pokonać ten dystans. Będzie o tym myślę dość głośno, bo to wiąże się z dużą doskonałością nowych modeli skrzydeł paralotniowych.

Widzę metę świadomy że dolecę dociągnąłem sterownicę celując w próg lądowiska będąc świadomym, że jest tam linia którą trzeba przeciąć. Podkręcony widownią myślę zrobię kosiaka, poderwę, zakręt 180 i wyląduje w przeciwną 8-) hehe … kilka sekund później doszło do mnie, że to głupi pomysł.

Nawet mnie nic nie bolało ;) choć na zdjęciach wyglądało to poważnie i drastycznie. Nawet jedno żebro nie pękło widocznie tak jak mówią zrastają się mocniej – kiedyś o tym opowiem. Pierwsza myśl ale obciach… tu popisówa, kosiaki a wyorałem jak młody. Od razu przypomniał mi się filmik „Mucha nie siada”. Lądowanie z tylnym wiatrem i pod stok wygląda naprawdę spektakularnie, nie masz zbytnio wpływu na przebieg wydarzeń. Dobrze, że przed startem nie byłem oglądać lądowiska, co zazwyczaj robię, bo prawdopodobnie z tą świadomością nie odważył bym się odstartować;)

Pozbierałem się szybko, bo za mną peleton podchodzących do lądowania, trzeba ustąpić miejsca. Pojawił się Andrzej i bez słowa komentarza, pośpieszając mówi choć na metę bo tu nie złe jaja, tragikomedia. Inni zawodnicy byli równie komiczni i ledwo uszli z życiem, the best fails compilations ever na żywo.

Grawitacja przyciągnęła już wszystkich. Sędziowie zabrali się za liczenie punktów, lotniarze składają skrzydła. Zeszło ciśnienie i znów towarzysko czas leci. Pojawił się Howard i pomógł przy składaniu. Lata też na Litespeed, wiec temat rozmów był oczywisty. Po wymianie doświadczeń poszliśmy na ogłoszenie wyników, które zakończyło się integracją z Tiną która ma na koncie 6 godzinny lot, Howardem, z którym ubiliśmy interes i z Feliksem, który zaprojektował Atosa, do którego coraz bardziej się przekonuje… póki co TOPLESS brzmi lepiej 8-)

PS. Sylwek – dzięki za podwózkę

Dodaj komentarz


Top