Po wyjątkowo Ciężkim tygodniu, przyszedł czas na odrobinę relaksu, a jak wiadomo najlepiej odpoczywa się w gronie przyjaznych Mordek. Takim to właśnie sposobem, wybrałem się dość późno na Szybowisko w Mieroszowie, gdzie jak dojeżdżaczem w powietrzu dyndało parę parasolek.
W powietrze właśnie wybrał się Jarek, a w kolejce na line było Jeszce kilka osób, w każdym razie szybko znalazłem się w powietrzu … 7m/s do dołu ;) pauza termiczna i wszyscy pospadali, choć niektórzy lądowali wcześniej celowo – jak stwierdził Kolega tak torbiło, że psycha siada i trzeba się przygotować przed kolejnym lotem. I faktycznie starty z nóg przy ostrej zachodniej odchyłce i silnej termice przyziemnej były bardzo trudne, szarpało, rzucało, można było narobić w gacie, albo popełnić głupi błąd. Jak się później dowiedziałem z relacji kolegów przytrafił się ów błąd jakiemuś „nikomu nie znanemu” paralotniarzowi, który przeciągną skrzydło, następnie pościł luźno.

Skrzydło po przeciągnięciu zostaje za pilotem, nagłe odpuszczenie sterówek sprawiło, iż czasza zaczęła nabierać prędkości i wystrzeliła przed pilota. Dla niedoświadczonego paralotniarza to nie lada przeżycie, no i przede wszystkim było za nisko na popełnianie takich błędów. Start i lądowanie to najbardziej stresujące momenty lotu, w powietrzu z zapasem wysokości, jest całkiem przyjemnie – w końcu to nie powietrze zabija tylko szybko zniżająca się ziemia.
Mój pierwszy start na holu nie należał do popisowych, skrzydło poszło bokiem a ja przyhamowałem nie tą połowę skrzydła co trzeba (błąd leszcza). Dodatkowo jeszcze  musiałem zmagać się z odchyłką zachodnią, naprawdę stresujący start i jak pisałem szybka gleba – ledwie 10 minut lotu.
Warunki w powietrzu ostudziły mój zapał i dałem sobie spokój z próbami startu, zresztą większość polotów czekała aż się uspokoi. Nieliczni piloci próbowali startów z nóg przy odchyłce, widać było że przyziemna terma mocno stresuje, po marszczących się nad głowami pilotów szmatach. Ostatnie dni na ziemi wystarczająco dały mi po dupie i nie chciało mi się walczyć.
W międzyczasie z liny odpalił Wojtek, który dołączył do Jarka i razem kręcili w jednym kominie, po czym Jarek gdzieś zniknął ( przelot do Bromowa ). Wojtas po ponad godzinnym locie wylądował przed Rancho.
Po paru towarzyskich dyskusjach z paralotniarzami nie do wykończenia (np: 17 prób startu z nóg) postanowiłem ponownie powalczyć z żywiołem.  Kolejny raz przekonałem się jak świetną sprawą jest hol i jak dużą daje przewagę start z liny. Podczas gdy piloci walczyli o życie z termiką przyziemną, Andrzej zwolnił mi miejsce na linie i w chwile później znalazłem się 300m nad startowiskiem, lewy zakręt i macam. Po chwili wymacałem piękny komin, po 3 próbach wycentrowania noszenia znalazłem się w równym krążeniu 3m/s do góry. Wręcz książkowe krążenie i noszenie – chyba pierwszy raz tak wymacałem chmurkę, która wessała mnie naprawdę wysoko ( poniżej link do zapisu lotu ). Po wykończeniu noszenia, zacząłem rozglądać się za kolejnymi chmurami, nad szpicakiem zauważyłem dwa znajome glajty – Karton ze Ślepym kręcili dynamiczną chmurkę. Ponieważ znacznie bliżej miałem do nich niż w stronę rampy, postanowiłem się tam przebić.
Oczywiście po dotarciu nad szpicak byłem ok 300m nad nim i … koledzy nie zostawili chmurki dla mnie. Poskładali ją i zabrali ze sobą ;) Z wielkiego planu o kolejnym kominie, zrodził się plan o szukaniu miejsca do lądowania, tylko co tu wybrać ;D.
Przede mną cały szpicak i przebijanie się pod wiatr, za mną kawałek polany i jakieś nie znane mi jeziorko, na lewo ode mnie kawał lasu pełno dziur i jakaś Czeska wioska, na której lądowanie wydawało się najbardziej prawdopodobne do przeżycia ;D W tym momencie rozpocząłem krótką dyskusje z sobą: ... na cholerę ci to było :D latać nie umiesz a wybrałeś się na przelot ;) … etc … Tak czy siak, postanowiłem przebijać się po przekątnej z wiatrem, by dotrzeć nad skraj lasu ;). Był to chyba najlepszy wybór, lecieć w stronę Czeskiej wioski w nadziei, że po drodze na tych wszystkich dziurach utrzymam się wystarczająco wysoko by dotrzeć do zamierzonego celu. Nie wiem czy to był fart, czy zafalowanie, czy po prostu tak bardzo narobiłem w pory, w każdym razie bez większych duszeń przebiłem się przez niewielki kanion i w cholerę szeroką ścianę lasu, dolatując do skraju lasu i wioski. Oczywiście przyszło mi chwilę przebijać się prosto pod wiatr, w dziurze nad liniami napięcia. Zamiast przebijać się do przodów zbliżałem się tylko do drutów, które powoli paliły moją wyobraźnie. Skrótowo wyglądało to tak, iż w miarę zbliżania się do ziemi i odchodzenia od dziury i linii energetycznej, moje obrażenia w wyobraźni malały. Tak więc jak byłem 10m nad ziemią liczyłem jedynie na połamane nogi, gdyby glajt nagle zmarszczył mi się nad głową. W końcu wiało zachodem a ja byłem w niezłej dziurze na zawietrznej.
W okolicy szpicaka jest pełno dziur. Następnym razem znacznie wcześniej będę planował lądowanie i podchodził do szpicaka z większym zapasem wysokości, bliżej krawędzi lasu ;)  Moja paralotnia, bardziej przypomina materac niż wyścigowego glajta, więc przebijanie się pod wiatr jest nie lada sztuką.
Pierwsze przelotowe doświadczenia, na szczęście nie były dla mnie bolesne - choć chwilami już słyszałem jak strzelają mi kości :D. Mirek jakimś cudem odnalazł mnie na tym końcu świata, więc z plecakiem zrobiłem jedynie 5km na piechotę ;D. Jazda na około trwała 2x dłużej niż mój przelot i była z 3x większą prędkością. Przynajmniej drogi wiejskie w Czechach, są 10x lepszej kategoria niż u nas droga Krajowa.
Na szybowisku, hole odbywali jeszcze kursanci. Paulina właśnie wystrzeliła z liny na LOTNI !, a następna w kolejce startowała na szmacie Basia. Dowiedziałem się tez w międzyczasie o wypadku jaki miał miejsce. Młodzi piloci, którzy latają na szkolnych skrzydłach – tacy jak Ja ;), latając w termice, muszą mocno zacisnąć pośladki i zaufać szmacie na której wiszą. Niezależnie od tego co się dzieje, przereagowanie i panika może się skończyć klepsydrą. Szkolne skrzydła pomimo dużej tolerancji na błędy, jak każda paralotnia są jedynie kawałkiem szmaty, która może się pomarszczyć w najmniej spodziewanym momencie ;D. Dlatego warto słuchać kolegów pilotów, instruktorów i nie robić głupstw, w końcu latamy dla przyjemności. Jak Latanie zaczyna przypominać walkę o życie, przestaje być zabawnie i lepiej z takich przyjemności zrezygnować, jest to sport dla rozsądnych graczy, a życie mamy tylko jedno. Zawsze możemy spytać kolegów na starcie, czy jest to odpowiedni Warun dla mnie, sam ostatnio poprosiłem kolegę by poczekał aż odpalę bo nie chciałem startować jako ostatni w Andrzejówce.

Poniżej link, do zapisu mojego pierwszego przelotu po prostej, W końcu to, aż 10KM - z jednego komina ;)

http://xcc.paragliding.pl/

Zapraszam też na http://xiob.pl

Gratulacje Sebastian, tylko na drugi raz pytaj o "pozwolenie", no i masz szczescie ze ten skeczowo brodaty Jozin w skodzie w bagna cie nie wciągął. Jeszcze raz gratulacje za zupełnie samodzielny przelot i walke z bardzo trudną termiką w tym dniu. [Mirek]

Dzięki wielkie, przyznam, iż było to nie lada przezycie i obiecuje, że następnym razem zapytam TATO ;)
[Sebastian]
Joomla Templates and Joomla Extensions by ZooTemplate.Com