Dzien Kobiet ...
Zapowiadało się, że będzie jak co roku, praca, pełno kobiet czekających na życzenia i tradycja która sami wprowadziliśmy w biurze, tak się jednak nie stało, gdyż w dzień kobiet postanowiłem się urlopować, a koledzy z biura nie wiedząc czemu postanowili zerwać z dotychczasowa tradycją na temat której nie będę się rozpisywał, powiem tylko że się im nie dziwie w miejscu gdzie pracujemy stosunek kobiet do mężczyzn wynosi 100:1.
Andrzej dzień wcześniej namówił mnie na wagary ściągając do Mieroszowa pod pretekstem puszczenia się ze szmatą na żaglu, jednak po przyjeździe na szybowisko około godziny 12, wszystko wskazywało na to, że zamiast latania będziemy skazani na wzajemne marudzenie.
Nie byłem jedynym, chcącym rozpocząć sezon, w tym roku nie latał jeszcze Wojtek, który również postanowił po zimie rozprostować kości. Nie brakowało i znajomych szmatowców, Stefan wpadł pochwalić się nowym zakupem, podwiesić się w nowej uprzęży i czym prędzej pomaszerował na startowisko. Swoją obecnością zaszczyciła nas i Paulina, która uciekła z uczelni i również spoglądała na rękaw, któremu do południa z 30 stopni brakowało - ale i przy takiej odchyłce da się latać ;)
Dla zabicia czasu wsadziliśmy ręce w importowane niedawno z Czech Danki, jednak około godziny 14 postanowiliśmy uzbroić ruraka w Lotnie, szmatę i zawieść nasze tyłki na start ;) Nie wszyscy mieli ten komfort jazdy, Andrzej tak zmarzł, ze postanowił pobiegać obok przyczepy, robiąc jako stabilizator ;P
W powietrze w miedzy czasie wzbiło się parę glajtów, Stefan oblegał start, choć był już chyba po paru próbach startu, może i kilkunastu minutowym locie, glajciarzy na górce nie brakowało, a nowym glajtem pochwalić się trzeba ;D
Na górce rozpakowaliśmy ostrożnie lotnie, trochę wiało więc musieliśmy być ostrożni, zwłaszcza z sztywniakiem Binkowskiego, był to moment w którym po raz ostatni pamiętam, że miałem obie rękawiczki, ale o tym później, czym prędzej wypakowałem apco z worka i wcisnąłem się w uprząż, ponieważ pierwszy raz latałem na tym gajcie, postawiłem go ze 2 razy i czym prędzej na start.

Pierwsza próba startu zakończyła się lądowaniem poniżej startowiska, ostrożnie podleciałem do krawędzi drzew - zbyt ostrożnie, jednak za drugim razem przeciągnąłem plecami po krawędzi lasu i bez większego wysiłku zabrałem się na żagiel ...
średnio 100-200 metrów nad start 3m/s w górę i 2m/s w dół Lot trwał 56 minut - lądowałem bo ... zmarzły mi ręce a w kieszeni miałem 1 rękawiczkę (gdzie jest druga ?)
Paulina na dole próbowała dostać się na żagiel, podczas gdy ja właśnie z niego starałem się uciec, tak by nie lądować gdzieś daleko od startowiska, nie powiem by było to bezpieczne lądowanie, obeszło się bez żadnych atrakcji - tylko gdzie jest moja rękawiczka !
Pobiegłem na ruraka, rękawiczki brak, w uprzęży ani śladu - wniosek tylko jeden wypadła mi w powietrzu - (ktokolwiek widział ktokolwiek wie, rękawiczka motocyklowa made by Tesco - poszukiwana, znaleźne w postaci uścisku dłoni)
Dalej wiało i to nawet bardziej, więc uznałem ze jest mi już ciepło po tym bieganiu i jeszcze chwile jak się uda poćwiczę wraz z pozostałą sekcją balonową, która ciągle wisiała nad szczytem. Dostać się na żagiel w tamtym momencie było wyjątkowo proste zabierało prosto nad drzewa, na przedpolu również zabierało, gdzie się nie leciało tam zabierało :D
Moje gołe dłonie zauważyli koledzy latający obok, pytając czy mi czasem nie zimno :D - twardym trzeba być nie miękkim ;P - Zimno było jak cholera dlatego po 44 minutach lądowałem daleko w głąb lądu ;) zaraz obok Andrzeja - który wlatywał się w swoją nową zabawkę.
Zapraszam również na mojego bloga http://xiob.pl
Poniżej parę fotek ;) dodam że podwoiłem swój nalot ;P


















