Pierwszego października miałem przyjemność uczestniczyć w kolejnej edycji "Sudeckich spotkań jeździeckich", których data była zbieżna z moimi jak i ich organizatora (Darka) urodzinami. Na koniach nie jeżdżę, ale postanowiłem narobić tam nieco zamieszania. Pojechałem z całym sprzętem latającym i rozłożyłem się ze startem kilkaset metrów od całej imprezy za ścianą lasu, tak aby nikomu a szczególnie koniom nie przeszkadzać. Ja tylko zawody rozpoczęły się, wystartowałem i odleciałem dość daleko aby nabrać bezpiecznej wysokości. Z moich dotychczasowych doświadczeń wynikało że wysokość 500 metrów wystarczała aby konie całkowicie ignorowały mój lot. Zrobiłem 300 metrów i będąc cały czas w kontakcie radiowym z ziemią nadleciałem nad całą imprezkę.

O dziwo konie w liczbie kilkunastu niewiele sobie robiły z mojego brzęczenia, co prawda rozglądały się naokoło w poszukiwaniu źródła hałasu ale tylko jeden wykazał się inteligencją aby szukać go na niebie, zerknął do góry, zobaczył mnie i przez kilka minut utrzymywał na mnie wzrok.

Będąc spokojnym że na dole nie spowodowałem popłochu zrobiłem mini spiralkę, dwa szybkie przeloty i ogólnie pokręciłem się nad całym towarzystwem starając się maksymalnie elegancko zaprezentować. Po kilku minutach zameldowałem odlot na trasę i poleciałem w kierunku gór. Lud nasycił oko a mi szkoda było na dłużej wstrzymywać zawody, jeszcze ktoś by się zdenerwował i zaczął rzucać we mnie podkowami. Pomimo pięknej, słonecznej i ciepłej pogody warunki były słabe, wiatr północny z lekką odchyłką zachodnią, umiarkowana turbulencja i kompletny brak uporządkowanych, nadających się do wykorzystania noszeń termicznych. Nic dziwnego, aktualnie panował wyż, dokładniej mówiąc jego centrum znajdowało się tu i teraz. Przebadałem jeszcze dobre 10 km zboczy z rónie miernym rezultatem (wyłączając turbulencję od bocznego opływu pasm) i w akcie rozpaczy dałem pełen gaz i wzniosłem się na 1200 m.n.p.m. wspierając się gdzieniegdzie pseudo-noszeniami. Z tej wysokości poleciałem w wysokie góry w kierunku Trójmorskiego Wierchu i widocznej tam wieży widokowej. Nazwa szczytu odzwzierciedla jego niezwykły charakter: jest on punktem gdzie stykają się zlewiska trzech mórz. W okolicach szczytu turbulencja wzmogła się, jednakże nie było tragicznie. Będąc tuż nad wieżą widokową dostrzegłem lecącego na następnym zboczu glajta. Jego obecność była dla mnie zupełnie abstrakcyjna, o ile ja znajdowałem się w strefie opływanej bokiem przez ok 5 m/s wiatr to on znajdował się na zawietrznej. W jego locie nie dostrzegałem figur akrobacji więc uspokoiłem się o jego los. Zrobiłem kółko wokół wieży, rzuciłem okiem na południowe zbocze Śnieżnika i pognałem z powrotem w kierunku do lądowiska jako że przez radio meldowali mi żebym się śpieszył bo potrawy z grila znikają zastraszająco szybko.

Po 10 minutach byłem już na ziemi a po kolejnych dwudziestu wyjadałem resztki z grila, przyglądając się zmaganiom koni z torem przeszkód. Jako laik w tym temacie oceniałem to jako zmagania jeźdźca z kapryśnym i nieprzewidywalnym charakterem konia i w duszy pocieszałem się że jednak lotnia jest chyba bardziej sterowna a już na pewno bardziej przewidywalna. Po ostatnim zawodniku zażartowałem że przejadę cały tor przeszkód rowerem. Po chwili już stałem na starcie no i jazda na tor przeszkód.

Najtrudniej było przy przeszkodach które należało przeskakiwać, musiałem w tym celu zsiadać z roweru. Dwie najtrudniejsze przeszkody dla koni: przejazd pomiędzy dwoma wiszącymi prześcieradłami i przeskok przez rządek misiów pluszowych pokonałem bez zająknięcia. Zająłem drugie miejsce w torze przeszkód, zaś pierwszą konkurencję czyli ujeżdżanie zaliczono mi jako wcześniejsze kółka w powietrzu.

Ponieważ na imprezie tej obowiązywało przebranie w strój dowolnego górala i tłum coraz to bardziej wytykał mi to palcem przeto pognałem do domu i wskoczyłem w kraciastą kieckę oraz inne łachmany, robiąc siebie za szkota.

Impreza przeniosła się pod dom, otworzyliśmy sobie po piwie a ja dodatkowo rozłożyłem lotnię aby każdy mógł się przekonać jak to wszystko wygląda z bliska. Obok lotni pasły się konie, całe szczęście żadnemu z nich nie przyszło do głowy żeby spróbować jak smakuje jej poszycie. Historia pokazuje że wiele płóciennych pokryć stateczników zostało pożartych przez konie i bydło.

Na koniec zaprezentowałem symulowany start a ponieważ była już kompletna cisza przeto butować musiałem ostro. Oczywiście jak to prawdziwy szkot, na lotni nie miałem kółek a pod spónicą nie miałem .. no to niech już każdy sam sobie to dopowie.

 

Nie jestem w stanie powiedzieć o której godzinie poszedłem spać bo impreza trwała bardzo długo, w każdym razie późny ranek przywitał mnie piękną, słoneczną a przede wszystkim termiczną pogodą. Około południa wyjechałem w drogę powrotną do domu ale nie wytrzymałem i zajechałem na moje startowisko bo grzech było marnować taki warun. I to był błąd, na kacu, na głodniaka, z szumiącą głową i nie w pełni sił nie należy próbować latać na lotni, szczególnie gdy warunki są trudne, termiczne. Dwa razy próbowałem startować, co jeden raz to gorzej, spróbowałem jeszcze trzeci raz ale odpuściłem na samym początku. W ten sposób zaliczyłem moje pierwsze i mam nadzieje że ostatnie nieudane starty.

Aż wstyd patrzeć na kardynalne błędy widoczne przy tych próbach. Wróciłem do domu, zjadłem i poszedłem spać na 4 godziny i dopiero wtedy poczułem się dobrze, ale na latanie było już za późno. Niech to moje doświadczenie dnia następnego będzie nauczką że latanie, mimo że bezpieczne w obecnych czasach, wymaga pełni władz fizycznych i umysłowych, nie wspominając już o odpowiednim sprzęcie i przeszkoleniu.

Podziękowania dla Darka za zaproszenie, dla Marzeny za wszystkie zdjęcia tutaj zamieszczona i dla całej reszty za świetną atmosferę. Szersza relacja fotograficzna z tego dnia tutaj: http://www.photoblog.com/dreamie/2011/10/01/nienickie-spotkania-jedzieckie-2011.html

 

Joomla Templates and Joomla Extensions by ZooTemplate.Com