Seedwings Space - oblot na bis
Postanowiłem następny lot zrobić w spokojniejszych warunkach aby dokładniej wczuć się w lotnię.Długo nie czekałem, tylko 6 dni 
Sobota 3-go września przywitała mnie piękną, słoneczną pogodą, tylko wiatr nie mógł się zdecydować z której strony ma wiać. Celowo, żeby nie złamać danego sobie postanowienia lotu w spokojnych warunkach a także aby nie mieć do siebie wyrzutów sumienia że pół dnia aż do popołudnia kręciłem się w domu bez celu wsiadłem z rana na rower i objechałem Śnieżnik od wschodu i zaliczając szczyt od południowej (czeskiej) strony. Trudno w to uwierzyć, szczególnie mi, ale 90% trasy na szczyt podjechałem. Trochę jednak robiło mi się głupio bo zacząłem sobie zdawać sprawę że marnuję naprawdę fajny warun, czym prędzej więc zjechałem do domu i o 15 byłem na łące.
Rozkładając lotnię zacząłem nieco martwić się o warunki, gdyż wiatru gradientowego praktycznie nie było. Podmuchy pochodzenia termicznego rzędu 1-2 m/s pojawiały się od czasu z kierunku północnego jak i zupełnie przeciwnego południowego. O 15.40 startuję w nadchodzącym podmuchu i niestety bez wstępnego odpowietrzania silnika krótką pracę na wysokich obrotach, co mści się na mnie chwilowym spadkiem obrotów na wysokości 20 metrów. Wszystko wraca do normy i lecę wzdłuż lasu nabierając wysokości, na około 100 metrach wyczuwam noszenie i powoli, metr za metrem lecę na wysokość prawie 800 metrów. Na chwilę opuszczam noszenie żeby zapiąć kokon, wracam i powtórnie, bez wiatru w nogach dokręcam do 900-set metrów. Widok jest rewelacyjny, kuszą mnie widoczne nad górami cumulusy, tuż na przedpolu wyczuwam kolejne kominy i treningowo kręcę się w nich, praktycznie nad swoim domem. Nagle pozostawniony na ponad pół godziny na wolnych obrotach silnik gaśnie (jak się później okazało z powodu nieszczelności i zapowietrzenia się przewodów paliwowych). Chwila stresu, ale wysokość 700 metrów i ledwie 2 km do lądowiska uspokaja mnie. Hamuję śmigło i kolejne 20 minut latam przesuwając się w kierunku gór. Powioli jednak tracę wysokość, próbuję więc po raz pierwszy w życiu odpalić silnik w powietrzu co udaje się bez większych problemów. Nożne odpalanie działa perfekcyjnie i nie zajmuje rąk (można pewnie trzymać sterownicę) - detale przeróbki odpalania "na kopnik" już wkrótce. Podlatuję więc w kierunku gór i nad Igliczną łapię dość chaotyczne ale pewne noszenie. Mając 1000 metrów przewyższenia powtórnie gaszę silnik i kątem oka dostrzegam kręcące się nad chmurą dwa szybowce. A to mi niespodzianka! Nie sądziłem że kiedykolwiek spotkam kogoś na moim niebie. Niestety są wyżej ode mnie, po wykręceniu podstawy odlatują w siną dal. Ja tymczasem kontynuuję wspinaczkę do krainy do której nieczęsto mam okazję zajrzeć, czyli na wysokości ponad 2000 m.n.p.m. Dokręcam do 2200 m, zdejmuję zaparowane okulary i delektuję się niecodziennym widokiem przebywania w bezpośredniej bliskości chmur i podziwiania ich z tej rzadkiej do uchwycenia perspektywy. W głębi duszy powtarzam jednak sobie "co ja tutaj robię" - zimno, ciemno, parasol nad głową - ech. Z prostej lecę w kierunku następnej chmury ale brakuje mi odwagi zapuścić się głęboko w góry. Teraz z perspektywy czasu uważam to jako błąd, trzeba było ostrożnie okrążać chmurę która tak świetnie nosiła i asekurując się dużą wysokością zagłębić się w Masyw Śnieżnika a może i nad sam Śnieżnik? Kolejny raz odpalam silnik i wykręcam resztki termiki. Wreszcie po ponad półtorej godzinie lotu odpuszczam i zmierzam w kierunku lądowiska. Martwi mnie cisza, krążę obserwując wskaźnik wiatru aż drgnie, gaszę silnik i schodzę w dół ale trwa to jakiś czas, znacznie dłużej niż na Funky gdzie ściąganie sterownicy wyraźnie służyło do kontroli prędkości opadania a nie prędkości lotu. Ląduję po staremu, czyli z potężnym wypchnięciem, ale Space to nie Funky i nie udaje mi się wyhamować do zera i kończę na kolanach. Spaliłem nieco ponad litr paliwa, jest to mój nowy rekord ekonomii.
Ten dzień był dla mnie wielkim zaskoczeniem. Nie spodziewałem się tak rewelacyjnych warunków ani spotkania powietrznego towarzystwa. Wreszcie sprawdziłem latanie bez silnika i jego odpalanie w powietrzu i nasyciłem się przebywaniem w powietrzu. Dałem plamy z lądowaniem ... ale odstresowałem się tydzień później a nade wszystko oswoiłem się z nową lotnią. Ten lot wypadł mniej więcej w drugą rocznicę od pierwszego lotu na lotni w ramach szkolenia i w pierwszą rocznicę pierwszego lotu z napędem.














