Lotny tydzień
17 lipca polatałem w Mieroszowie ... i na następną okazję do lotu musiałem czekać cztery tygodnie. Przez ten czas pogoda była ekstremalna i nie nadawała się do latania (na lotni). Pewne ekstrema pogody udało mi się obfotografować z powietrza przy użyciu zdalnie sterowanego modelu:

Zdjęcie wyłącznie dla czytelników Aeromanii. Zapora prawie się przelała. Jeśli ktoś w tym momencie pomyślał sobie że mieszkańcom tych domków z czerwonymi dachami pewnie niełatwo było spać ... to niech wie że właśnie tak się czułem bo jeden z tych domów to mój. Na dodatek jak przyjechałem z Wrocławia to trwała ewakuacja całego osiedla, machnąłem na to ręką i w miarę spokojnie zasnąłem, przytulając się w myślach do lotni.
14 sierpnia pogoda się zlitowała na tyle że latanie stało się możliwą opcją. Na startowisko przyjechałem o 13, ale musiałem poświęcić blisko godzinę czasu na przetaczanie bel siana, w tym czasie niebo niebezpiecznie zaczęło się chmurzyć i dopiero o 16 byłem pewny warunków i wystartowałem. Wiatr górą był silny, 6-7 m/s i na dodatek czysto z południa, podczas gdy prognoza mówiła o południowym zachodzie.W okolicach startu (1) pokręciłem się trochę w miejscowych ogniskach termicznych, osiągając pułap 300 metrów i poleciałem pod wiatr nad zbocze wystawione na południe (2). Czym jednak bliżej gór tym turbulencja większa. Poleciałem w kierunku następnego zbocza (3) ale i tam nie było dużo lepiej. Powrót i długi, 14 kilometrowy przeskok z prędkością dochodzącą do 80 km/h na południowo-zachodnie zbocza (4). Tutaj coś trzymało, spędziłem kilkanaście minut uganiając się za termiką wzbudzaną przez pracujące na polu maszyny, dodatkowo wspierając się żaglem. Z racji symbolicznych noszeń odpuściłem i wróciłem do domu. Półtorej godziny w powietrzu i wreszcie uśmiech na ustach, aczkolwiek żałowałem że nie pojechałem do Mieroszowa bo chłopaki i dziewczyny latały tam że aż głowa boli.

17 sierpnia przypadkowo, z powodu strajku PKP ugrzęzłem w domu. A pogoda zapowiadała się bardzo dobra, nawet aż za dobra bo cumulusy bardzo niebezpiecznie wypiętrzały się i gdzieniegdzie było widać kowadła. Dlatego wystartowałem wyjątkowo późno bo aż o 17, mimo że wciąż na niebie wisiały groźne chmury. Po oderwaniu się natychmiast się uspokoiłem, powietrze było bardzo spokojne. Na pierwszy rzut poszło tradycyjne już ognisko termiczne (1), coś tam nosiło, następnie zachodnie zbocza (2), ale południowo-zachodni wiatr nie dawał noszeń żaglowych a po termice nie było już ani śladu. Poleciałem więc na południowo-zachodnie zbocza (3), które miło mnie zaskoczyło zupełnie przyzwoitymi zerkami na których utrzymałem się kilkanaście minut. Latanie było o tyle fajne, że generatorem noszeń były pola na których pracowały maszyny rolnicze, zaś w powietrzu widać było unoszący się pył, zaś centrowanie noszeń polegało na lataniu tam gdzie jest najwięcej pyłków w powietrzu. Niezwykłe i niezwykle ujmujące zjawisko, jako że człowiek jest przyzwyczajony do poruszania się w przeźroczystym środowisku jakim (z reguły) jest powietrze atmosferyczne. Następnie przeskok na drugie zbocze i znów kilkanaście minut bujania się nad zboczem wspomaganym termiką (4). Wracając do domu oglądałem krajobraz w ciepłym świetle zachodzącego już słońca. Widok ten przywoływał mi tylko jedną myśl: świat po prostu jest piękny. Tuż przy moim startowisku ujrzałem samochód ... a w powietrzu zdalnie sterowany model szybowca. Spróbowałem trochę pogonić go ale przegrałem szybkością, manewrowością a na koniec zostałem przybity prędkością wznoszenia :( Poleciałem jeszcze nad zbocza w nadziei na szczątki wieczornej termiki ale w powietrzu panował już zupełny spokój. Lądowanie po półtorej godziny lotu, w ustach sucho.

20 sierpnia przywitał mnie piękną, słoneczną pogodą. Już dzień wcześniej wiedziałem co się święci, dlatego wcześnie rano wsiadłem na rower i zrobiłem 30 kilometrową trasę po górach, między innymi zdobywając szczyt Śnieżnika (1425 m.n.p.m.) i upewniając się że wieje 4 m/s z południowego zachodu a termika jest i będzie bezchmurna. Odstawiłem rower, szybko zjadłem obiad i na startowisko. Znów pół godziny poszło mi na przetaczanie bel siana na stworzenie bezpiecznego, południowo-zachodniego pasu startowego. Startuję o 14, powietrze jest ruchliwe i o to dziś chodzi! Na przedpolu jakiś chaos ale na przedgórzu (1) łapię rozsądny komin i jazda w górę! Ulga, ostatnio ciągle nie udawało mi się polatać wysoko a tym razem wszystko idzie świetnie, wysokość rośnie zwitka za zwitką, temperatura spada a dusza się cieszy. Oglądam moją rodzinną miejscowość, zaporę, wodospad, lasy, pola i łąki. Nagle koniec noszenia, jakby ktoś zgasił światło na 800 metrach nad start. Trudno, lecę nad zbocze Iglicznej licząc na przetrwanie na żaglu ale duszenie mam takie że głowa boli, utopiłem strasznie. To beznadziejny teren, nie ma co tutaj latać nisko, na silniku dolatuję do dobrze mi znanego zbocza z krzyżem (2). Na przedpolu jest dużo łąk osłoniętych lasem i są to świetne generatory termiki, nosi ale jest tak turbulentnie że po drugim albo trzecim dupnięciu tak że aż poszycie zatrzeszczało opuszczam to miejsce. Lecę w kolejny punkt (3) - skrzyżowanie dróg i jest! Na początku słabo i turbulentnie ale z każdą zwitką uspokaja się. Komin jest słaby, ledwie dochodzi do 2 m/s. Wykręcając go wiatr znosi mnie ponad moim domem, następnie wysoko nad zbocze Iglicznej i następnie głębiej w góry. Boję się zapuszczać tak głęboko w tak niepewnym noszeniu więc przeskakuję 5 kilometrów na południowo-zachodnie zbocza (4). Noszenie przyzwoite, kilkanaście minut eksploruję ten teren. Wracam do domu i zahaczam jeszcze o punkt (3), gdzie niedawno tak fajnie się wykręciłem. Znów nosi! Przecież nie odpuszczę, mimo że mija już półtorej godziny dość męczącego lotu, powtarzam scenariusz sprzed pół godziny, czyli kilkukilometrowe zniesienie w góry. Na 700 metrach znów wszystko rozpływa się, wracam i znów po raz trzeci wykręcam się w praktycznie identycznym scenariuszu (3). Na czwartą próbę nie mam ochoty, bolą mnie już ręce, w gębie sucho dwie godziny w powietrzu. Ląduję i chyba po raz pierwszy w życiu jestem nasycony lataniem, to znaczy nie czuję tego co zawsze goniło mnie do latania, czyl być być być być być w powietrzu, bez końca, bez celu, tylko aby być. Bilans lotu: dwie godziny z minutami i spalone nieco ponad dwa litry paliwa. To był także mój ostatni, pożegnalny lot na lotni Funky 17, kilka dni później lotnia odjechała do miejsca swojego narodzenia ale to jest już zupełnie inna historia.

Następnego dnia był taki upał że stwierdziłem że grzechem byłoby znów latać, poszedłem odświerzyć się kąpielą na wodospadzie:
Sympatyczna, spieniona woda o temperaturze 12 stopni i ogłuszający huk wodospadu gwarantują niezapomniane wrażenia, w sam raz na koniec bardzo owocnego w latanie tygodnia.












