weekendmajowy_06
Długi majowy weekend to dobra okazja żeby sobie solidnie polatać. Jak tylko moja pamięć sięga, pogoda jest zazwyczaj wtedy ładna i pozbawiona niespodzianek w postaci burz czy też długotrwałych opadów. To chyba najlepsza pora aby "porządnie" zacząć sezon.

 

 

 

 

 

 

 

 


 

1 maja.

Odwiedził mnie Piotrolot i niestety przywiózł monsuny. Z samego rana wzięlismy się za jego mosquita sprawiającego problemy i jak tylko udało się nam ustalic usterkę to solidnie się rozpadało. Odpuściło dopiero wieczorem, ze słyszenia wiem że ktoś upilnował Czarną Górę i późną porą powisiał tam trochę na żaglu.

 


2 maja.

 

Od ponad miesiąca ciągle wieje z północy z odchyłkami. Wczoraj i przedwczoraj było zbyt burzowo abym odważył się na latanie, jednak ze złością stwierdzam że wczoraj późnym wieczorem były doskonałe warunki na Hutę. No trudno, przegapiłem, ale dziś jestem na miejscu, trochę późno bo start jest o 18 ale lepsze to niż siedzieć w domu i nic nie robić. Start spod zbocza, nad wiochami trochę szarpie, błyskawiczne wejście nad zbocze, noszenia żaglowe działają już daleko na przedpolu i spokojne (aczkolwiek niskie) żeglowanie na zboczu. Co jakiś czas napotykam na bąble termiczne, które staram się wyesować, gdzieś tam nawet mijam się z jastrzębiem. Największe wrażenie robią na mnie odrywające się bąble … zabarwione pyłkami z roślin. Nie od razu poznałem że to o to chodzi. Rzadko kiedy można "naocznie" zobaczyć termikę. Mimo że kierunek był idealny i wiało dość mocno, to wożę się wyjątkowo nisko nad szczytem. Zaskakujące to, bo dwukrotnie już przy "na oko" podobnej sile wiatru i północnej odchyłce żagiel był jakby dużo mocniejszy. W około 40 minucie lotu dostrzegam nachodzącą z południa wielka, czarną chmurę. Czas lądować, gdy po około półtorej godziny od lądowania byłem już w domu to zaczęło kropić, zaś w nocy dopadał śnieg w zatrważających ilościach, pozbawiając mnie prądu i łączności na dwa dni.

Skutki tych opadów wyglądały następująco (czerwony szlak na Śnieżnik):

 


4 maja

Odwiedziny u Czesia Michalaka, czyli "strażnika Łyśca" w Stroniu Śląskim. Podobno pan Czesław pracuje nad jakimś gigantycznym zdalnie sterowanym modelem, postanowiłem się przekonać ile w tym prawdy...

A jednak gigant i to jaki! 4.40 metra rozpiętości i obliczeniowi 16 kg masy startowej, niestety oblot prawdopodobnie będzie w przyszłym roku.

 


5 maja

Wiosenny atak zimy ustąpił na tyle, żeby ponownie móc zaczać myśleć o polataniu sobie. Tym razem startuję spod domu, wieczorem, przy lekkim północno-zachodnim wietrze. Po starcie lecę nad górę Igliczną, gdzie delikatny żagiel pozwala mi nabrać wysokości. Pokonuję 10 km nad zboczami, gdzie cały czas występuje lekki żagiel i można lecieć na zredukowanej mocy i tak kilkanaście km aż do wsi Goworów, tam nawrót o 90 stopni i po chwili łapię linie kolejową Międzylesie-Wrocław, trzymając się jej dolatuję aż nad Bystrzycę Kłodzką. Dalszy lot w kierunku Wrocławia z oczywistych względów odrzucam :) Teraz kolejny zwrot o 90 stopni i w pięknej, słonecznej scenerii nabieram wysokości celem bezpiecznego nalotu na góry Masywu Śnieżnika. Wreszcie dolatuję nad ośnieżone łąki, piękny widok, aczkolwiek rosnąca turbulencja zniechęca mnie do zapuszczenia się dalej w góry. Teraz już tylko 12 km do domu, gdzie po ponad półtoragodzinnym locie i po przeleceniu przeszło 67 km ląduję w zaczynającym się spływie, w przypadkowym towarzystwie naszego księdza proboszcza.


6 maja

Na latanie umawiam się z Maćkiem latającym na PPGG, dzieki niemu mam kilka zdjęć z powietrza a jego żona popstrykała trochę z ziemi. Jak to zwykle bywa wszystko się przeciąga i jestem na łące później niż zaplanowałem. Ale nie ma co się śpieszyć, dzień jest ładny a do zachodu słońca daleko.

Startuję spokojnie, aczkolwiek nie do końca elegancko (miejscowe obniżenie terenu) a chwilę za mną Maciek.

Dopada mnie gdzieś w powietrzu, elegancko pozuję do zdjęć nad bukowym lasem..

oraz na przedpolu

Trochę uganialiśmy się nawzajem ze sobą, z ziemi wyglądało to tak:

Potem się rozstaliśmy, Maciek wylądował zmienić skrzydło a ja poleciałem wykręcać termikę. Zbocze Iglicznej tuż pod domem coś tam dawało ale słabiutko, ledwie tylko 200 metrów udało mi się podkręcić. Poleciałem po zboczach na południe i trzy wiochy dalej, nad zboczami wystawionymi na południe wykręciłem w noszeniu 2 m/s na wysokość 1600 m.n.p.m. Miałem ochotę z tej wysokości zapuścić się w góry ale brakło mi odwagi, jeszcze przyjdzie i na to czas. Z tej wysokości zrobiłem długą rundę z powrotem ale nigdzie nawet powietrze nie drgnęło. Dopiero gdy spadłem do około 800 m.n.p.m. termika zaczęła być odczuwalna. Zdjąłem zupełnie obroty i podkręcałem tu i tam ale generalnie zmierzałem już w kierunku lądowiska, po około 70 minutach lotu. Najpierw wylądował Maciek:

a chwilę później ja:

Jeszcze tylko skołowanie i do domu, po spokojnym, udanym locie.

Na koniec moja trasa z tego 70 minutowego lotu oraz filmik:

 


 

7 maja

Prognoza mówiła o wietrze z północnego wschodu. Wybór jest oczywiście tylko jeden: trójkąt-huta. Pojechałem wczesnym popołudniem ale wystartowałem dopiero o 17 bo cholernie wiało. W powietrzu było bardzo niespokojnie, dodatkowo na przedpolu strasznie szarpało i dopiero nad zboczem było już bardziej komfortowo. Niestety wiatr znów się odkręcił na północ, ale że górą wiało dobre 10 m/s to nosiło wyśmienicie. Oblatałem całe zbocze, praktycznie cały czas na jałowych obrotach. Kilkukrotnie przechodziły kominy ale dawałem sobie spokój po jednej zwitce widząc jak mnie znosi za zbocze ... to jeszcze nie na moje nerwy. Po godzinie zmarzłem i odpuściłem, zaskakująco jak bardzo nosiło na przedpolu, nad lądowisko doleciałem mając 400 metrów wysokości. Niżej strasznie szarpało i prawdę mówiąc cieszyłem się że wreszcie jestem na ziemi. Szybko złożyłem się i jeszcze zdążyłem spotkać się ze znajomymi na (zasłużonym w moim mniemaniu) piwie.

Dzień później w niedzielę warunki zapowiadały się nawet lepsze, ale nie miałem już czasu na latanie bo w poniedziałek niestety trzeba iść do pracy :(

 

Joomla Templates and Joomla Extensions by ZooTemplate.Com