Z górki na pazurki -Jeden dzień w Mieroszowie

Na Szybowisku w Mieroszowie .

http://www.infopilot.pl/index.php?akcja=100&szczegoly=2&main=20&operacja=213  


Bogdan Szwarc


Po kilkudniowym załamaniu pogody, sobotni poranek, rozpoczynający nowy miesiąc, wreszcie wita nas słońcem. Zaproszeni przez gospodarza lądowiska mikrolotowego w Mieroszowie, należącego do Aeroklubu Ziemi Wałbrzyskiej - Andrzeja Binkowskiego, uważnie obserwujemy, co przyniesie jesienna aura w pierwszy październikowy weekend. Sobotnie słońce i rozbudowane Cumulusy pozwalają mieć nadzieję, że planowanemu na następny dzień wyjazdowi, będzie towarzyszyć podobna pogoda. Niestety! Niedzielny poranek wita nas całkowicie przykrytym niebem i delikatną mżawką. Nie zmieniamy jednak swoich planów. Wspólnie z Arkiem Maćkowiakiem, początkującym szybownikiem pełniącym tym razem rolę kierowcy, po 2,5 godzinnej podróży docieramy do Mieroszowa. Dojeżdżając do lądowiska wypatrujemy, czy przy tej niezbyt sprzyjającej aurze zastaniemy tam kogoś. Okazuje się, że najzagorzalsi fanatycy latania nie przestraszą się byle mżawki! Na lądowisku stoi już gotowa do lotu motolotnia. Obok kilka osób montuje skrzydło lotni, wyposażone w napęd ‘Moskito”. To jeden z ciekawszych sposobów na oderwanie się od ziemi, niestety, jak dowiadujemy się w trakcie rozmów, nie należy do najtańszych. Tuż po wyjściu z samochodu witamy się z naszym Gospodarzem. “Trochę szkoda, że nie przyjechaliście wczoraj” mówi - warunki były wspaniałe. Z naszej górki startowało ponad 30 osób, a w powietrzu było jednorazowo nawet kilkanaście paralotni. Piloci “wykręcali” podstawy dochodzące do 2000m. Kilku z nich odeszło na trasy, jednemu udało się dolecieć nawet do Legnicy”. Wykorzystując przerwę w opadach zajmujemy miejsca w motolotni, bowiem Andrzej zabiera mnie na kilkunastominutowy lot po okolicy. Wspaniały, górzysty krajobraz- jakże odmienny jest od tego, do którego przywykłem latając nad naszym nizinnym terenem. Kilka kilometrów na południe - widać przejście graniczne, a za “miedzą” już nasi bracia Czesi. Lądujemy, teraz żałuję, że nie zabrałem ze sobą ocieplanego kombinezonu. Andrzej poddaje jeszcze pierwszym próbom wspomnianą wcześniej lotnię z napędem i szybko udajemy się do zorganizowanego przy lądowisku klubu lotniarza. Gorąca kawa jest w tym momencie jak najbardziej na miejscu.
Zaplanowany start lotni z dwuosobową załogą staje pod znakiem zapytania. Opad mżawki nasilił się i może pokrzyżować plany. Mamy więc okazję na dłuższą rozmowę. Masz gospodarz opowiada o historii tego miejsca. Niespotykane walory panującego tam mikroklimatu wykorzystywali już wiele lat temu niemieccy piloci organizując szkołę szybowcową. Teraz lotnictwo powróciło na ten teren. Oglądamy południowe zbocze o długości około 15 km. Przy korzystnym wietrze można żeglować wzdłuż niego przez wiele godzin. Niestety, na razie jest do wykorzystania tylko jego część, reszta znajduje się po drugiej stronie granicy. Piloci czekają na decyzję o otwarciu nieba pomiędzy naszymi państwami. Wspomniany wcześniej mikroklimat sprawia, że korzystny, południowy wiatr wieje tutaj bardzo często. Nawet gdy w oddalonym o około 20 km. Wałbrzychu wiatr wieje z północy, tutaj jego kierunek jest często przeciwny! To sprawia, że dni z warunkami korzystnymi do lotów żaglowych jest tutaj bardzo dużo. Kolejnym walorem tego miejsca jest termika, możliwa do wykorzystania niemal do zachodu słońca. Dobrze nagrzewające się zbocza okolicznych górek, stwarzają warunki do tworzenia się wielu kominów termicznych. Miejsce to różni się od terenu płaskiego tym, że w godzinach popołudniowych, gdy słońce obniża się nad horyzontem, stoki gór są dalej dobrze ogrzewane przez promienie słoneczne, powodując utrzymanie termiki o kilka godzin dłużej niż na terenie równinnym.
Tymczasem zauważamy nieśmiało przebijające się przez chmury słońce. Podejmujemy błyskawiczną decyzję o zorganizowaniu startu lotniowego. Wkrótce zajmujemy miejsca w samochodzie, ciągnąc za sobą przygotowaną od dawna do lotu dwuosobową lotnię. Passat kierowany przez Wojciecha Stączka - jednego z miejscowych lotniarzy- bez problemów podjeżdża na kilkadziesiąt metrów od miejsca startu. Mokra trawa nie pozwala jednak jechać dalej. Pozostałą odległość transportujemy skrzydło pchając je na kółkach pod górę. Po tej krótkiej wspinaczce Arek dziękuje wynalazcy samochodu za ten nie do przecenienia wynalazek. Po kilku minutach tuż obok rampy startowej melduje się Andrzej z liną wyciągarkową zaczepioną do firmowego malucha. Teraz pozostaje już tylko założyć uprząż i w górę. Rola Łajki (tym, którzy nie pamiętają przypominam, że to pierwszy pies w kosmosie) lub jak ktoś woli królika doświadczalnego przypada nieco przestraszonemu Arkowi. Lotnia z dwoma osobami na pokładzie czeka gotowa do startu. Po chwili pada przez radio komenda: jazda, jazda, jazda. Energiczne szarpnięcie liny i tandem błyskawicznie odrywa się od ziemi, wznosząc się coraz wyżej. Słabiutki wiatr i brak termiki nie pozwalają na długi lot, po kilku minutach lotnia bezpiecznie ląduje. Po lądowaniu, pierwsze słowa zatwardziałego zwolennika wyłącznie twardych skrzydeł brzmią : “ile kosztuje taki sprzęt ?” Myślę, że nie trzeba tego dalej komentować.
Pogoda znowu się pogarsza, nie pozostaje nic innego jak zwinąć start - tym razem już na dobre. To kolejne załamanie się pogody ma jednak też dobrą stronę. Gospodarz zaprasza nas do pobliskiego baru na pierogi - pycha, jak u mamy! Warto było tutaj przyjechać nawet dla samych pierogów, a latanie to deser, chociaż podany w odwrotnej kolejności.

 

 

Joomla Templates and Joomla Extensions by ZooTemplate.Com