Lotniarstwo uprawiam od kilkunastu lat, sporo godzin mam wylatane, ale nigdy jakoś nie 
próbowałem techniki startu za motolotnią. Zalety takiego startu są oczywiste, zwłaszcza w
terenie płaskim, Można uzyskać dużą wysokość, a nawet zostać komfortowo zawiezionym wprost do
komina, jeżeli pilot motolotni zna się trochę na rzeczy.

Wady są takie, że utrzymanie się na holu wymaga więcej umiejętności pilotażowych niż przy starcie
za wyciągarką, albo z rozbiegu z górki.
Układ motolotnia-lotnia jest sam w sobie niestabilny i trzeba cały czas uważać, by nie
doprowadzić do sytuacji niebezpiecznej. Ponieważ latam czynnie na szybowcach, nie przerażało
mnie to zbytnio. Skoro dawno temu, w 1975 r. w Jeleniej Górze moi pierwsi instruktorzy, panowie
Burakiewicz i Szpieć, nauczyli mnie latać na holu szybowcem, sterowanym co prawda aerodynamicznie,
to chyba nie będę miał problemów z nauczeniem się latać na holu urządzeniem latającym sterowanym
środkiem ciężkości... W każdym razie, było to wyzwanie. Pomny, że nauka holu zawsze stanowi
trudne zadanie, zacząłem się do niego systematycznie przygotowywać. Zacząłem od studiowania
szkoleniowej kasety video, którą sprowadziłem z pomocą mojego kuzyna z Kalifornii. Potem
zdecydowałem się wziąć lekcję na lotni dwuosobowej, w Drachenflugschule Kelheim w Niemczech u
wytrawnego instruktora I klasy Rudiego Aumera. Poleciałem z nim jako pilot podwieszony
bezpośrednio przy sterownicy i sam sterowałem dużym skrzydłem Laminar Bip. Pierwszy lot
samodzielny odbyłem jednak dopiero w następnym sezonie, czyli w czerwcu br. Na jego miejsce
wybrałem Fly Rancho - ośrodek Andrzeja Binkowskiego w Mieroszowie pod Wałbrzychem. Andrzej
napalił się bardzo do tego pomysłu. Studiował materiały instruktażowe, zabudował do swojej
motolotni sprowadzony z Niemiec specjalny atestowany zaczep montowany na reduktorze, tak żeby
punkt zaczepienia liny leżał na osi śmigła. Holował nim początkowo transparenty - najpierw
lekkie potem ciężkie i oswajał się z pilotowaniem motolotni ze stawiającym opór “ogonem”.
Zbudował też specjalny wózek startowy dla pilota lotni. Gdy obaj już byliśmy gotowi,
przyjechałem na szybowisko w Mieroszowie. Odczekaliśmy na odpowiednie warunki, sprawdziliśmy
jeszcze raz łączność radiową. Teraz już nie było odwrotu. Z pełną koncentracją położyłem się
na wózku startowym. Do ułożonej przede mną w formie litery S liny podkołowała motolotnia
Andrzeja. Oryginalną atestowaną linę do holowania lotni kupiłem w Niemczech - miała ona
bezpieczniki zrywowe 80 i l20 kG oraz spadochronik. Gdy z pomocą kolegów podczepiliśmy oba
końce liny, dałem znak gotowości do startu. Gdy śmigło zagrało i lina zaczęła się naprężać
poczułem przyjemny dreszcz w okolicach żołądka. To było to, na co czekałem. - Delta Chronos,
Delta Mars jak słychać? - upewniłem się że wszystko gra. - Na pięć - Delta Chronos, naprężona,
startuj! Andrzej łagodnie dodał gazu i zaczęła się prawdziwa jazda. Mars dał się łatwo
prowadzić w wózku i utrzymywał kierunek. Start chyba trochę wymusiłem za wcześnie schodząc z
wózka. Lekko przepadłem ale szybko skorygowałem sytuację. W sekundę wyszedłem ponad strugi
zaśmigłowe i poczułem przyjemny spokój na końcówkach skrzydla. Strugi trzeba opuszczać jak
najszybciej bo sterowanie w nich jest utrudnione. Ściągając sterownicę pod brzuch, pilnowałem,
żeby nie wyjść za wysoko i nie stwarzać za dużego oporu. Po chwili motolotnia się oderwała i
rozpoczęliśmy łagodne wnoszenie. Gdy osiągnęliśmy 100 metrów postanowiłem pogratulować
holownikowi udanego startu. Niestety było za wcześnie na triumfy, bo nie zauważyłem przez to
szybszego wznoszenia motolotni i w rezultacie znowu znalazłem się w strugach. Moja lotnia
zaczęła zygzakować. Sytuacja była do opanowania, ale w tym momencie zwolnił się samoczynnie
zaczep przy śmigle i zostałem sam na sam z liną. Tak się kończą zbędne pogaduszki przez radio.
Lądowałem na dobrym wykoszonym polu. To wielka przewaga lotni nad szybowcem, że do lądowania
wystarczy byle skrawek równej ziemi. Trzy dni później powtórzyliśmy holowanie. Start odbył się
bez żadnych komplikacji. Andrzej holował mnie wzdłuż przejścia granicznego z Czechami i
krawędzi miasta Mieroszów. Brakowalo tylko termiki. Woziliśmy się dość długo na wysokości
300 m i to było wszystko co mogliśmy wydusić z silnika Rotax 462 z jego niecałymi 48 KM.
Wyżej nie chciał ciągnąć. Byliśmy rozczarowani. Zdecydowałem żeby się wyczepić. Holownik
zrobił to wkrótce po mnie, a ja śledziłem opadającą linę i zauważyłem, że spadła na skraju
lotniska. Po lądowaniu zaraz pobiegłem w tamtą stronę. Niestety 58-metrowa lina... gdzieś
znikła. Zapytałem trzech ludzi poszukujących stonki ziernniaczanej w wysokich trawach. Zadnej
liny nie widzieli. Zawsze myślałem, że stonka żeruje na liściach ziemniaków a nie na trawie...
Gdy już wyganiałem się po łące jak zając, zrozumiałem że trzeba uderzyć w pokorę. Poprosiłem
zbieraczy stonki o pomoc w szukaniu mojej liny obiecując w nagrodę parę butelek złocistego
napoju. Lina znalazła się w 5 minut. Odetchnąłem, bo kosztowała 68 Euro. Lataliśmy jeszcze na
holu 7 lipca. Tym razem na lotnisku było wielu pilotów, zainteresowanych naszymi poczynaniami,
więc mieliśmy zapewniony doping. Do startu uruchomiłem lampę błyskową firmy Artcom z Katowic.
Lampy ksenonowej używam od roku i wreszcie mam spokój, że jestem widziany Hol odbył się gładko
i po raz kolejny potwierdził skuteczność tej formy startu i możliwości jakie otwiera, zwłaszcza
uprawiania lotniarstwa na nizinach. Aktualnie Andrzej przezbraja swoją motolotnię w Rotaxa 503,
co daje pewność dotarcia zespołu do dobrych kominów termicznych. Dziękuję paralotniarzom z
Mieroszowa za pomoc przy startach naszego zespołu “latającego aluminium” jak go nazywali (inne
przezwisko lotniarza to “szkieleton”), moim kolegom z Niemiec za pomoc w zakupie zaczepu i
liny holowniczej. A gospodarzom Fly Rancho Andrzejowi Binkowskiemu i Monice Siatkowskiej za
serdeczne, jak zwykle, przyjęcie.

Piotr Adams (Piotrolot) Tekst Z Przegladu Lotniczego Rok 11 / 2003
Joomla Templates and Joomla Extensions by ZooTemplate.Com