Greifenburg Czerwiec 2015

Autor:

Sobota 6 czerwca

Na wymarzony trening przelotowy w Greifenburgu wyruszyłem w sobotę 6. czerwca.  O godz. 07.00 przyczepiłem mój mobilny airport do haka mojej X3 i wyruszyłem w alpejskie tunele. O godz. 11.00 byłem już na miejscu, na naszym malowniczym kampingu pełnym ludzi związanych z ultralekkim lotnictwem. Kiedy zaparkowałem caravan w tym samym miejscu, co w ubiegłym roku, wziąłem lornetkę w dłoń. Na niebie od strony Emberger Alm panował niesamowity ruch. Szybko wypatrzyłem Leszkowego zoltego Spaydera z czarnym paskiem. Długo nie musiałem czekać, aby ponownie pogadać po polsku. Na kampingu byli również polskojęzyczni piloci paralotniowi. Spotkałem znajome twarze z klubu Hochries, jak Willi Dimi i Eli – Christian -Roland – instruktor Hanz i Ula ze szkoły Penzberg. Ula, chyba Wrocławianka, chętnie rozmawia po polsku. Temperatura + 32 C i suche powietrze osadzało podstawy chmur bardzo wysoko. Tego dnia nie zdecydowałem się na latanie. Byłem wymęczony podróżą i tym, ze wstałem wcześnie rano. W końcu to moja pierwsza część wakacji. Postanowiłem nie stresować się, lecz pomału wypoczywać.

Niedziela 7 czerwca

W słoneczną niedziele rano wyruszyłem z Wilim zbiorowym autobusem na Emberger Alm. Leslaw nie miał ochoty jechać zbiorówką za 6 euro i wybrał klasę droższą za 8 euro. Od szofera autobusu dowiedziałem się, że jego ojciec, który od początku zakładał tę linię, niespodziewanie umarł. Szkoda, bo był to sympatyczny i uczynny przewoźnik. Około godziny autobus DAF z lotniami na przyczepie wspinał się dość sprawnie na Emberger Alm. Po przybyciu miła blondynka Barbara wystawiła nam kwity startowe za 5 euro. Od tego momentu byliśmy pełnoprawnymi użytkownikami wzgórza z dostępem do czystych toalet, baru i rampy startowej. Kierunek wiatru na zboczu nie był sprzyjający. Wiało z lewą odchyłką tzn. od południowego wschodu. Należało wyczekać cierpliwie moment startu. Przybyłem do Greifenburga z myślą, że będę zawsze lądował ze względów bezpieczeństwa na drugim lądowisku w Brugger za rzeką. Ustawiłem tam wiatrowskaz i punkt do lądowania. Przypiąłem składaka do drzewa z małą przyczepką, na transport uprzęży. Byłem przygotowany na alternatywne lądowanie. Przygotowałem się do startu ok. godz. 13.00 i spędziłem na rampie ok. 15-tu minut. Wyczekiwałem w ten sposób na właściwy moment rozbiegu. Do mojej lotni podszedł Hanz z uczniami. Hanz to jeden z ostatnich bawarskich instruktorów aktualnie szkolących. Grupa młodzieży nie mogła się nadziwić z powodu mojego analogowego wyposażenia. Z mojej prawej to szybowcowe vario i wysokościomierz, a z mojej lewej to Brauniger Digital. Na kilu lotni lampy stroboskopowe. Młodzi piloci fotografowali u mnie wszystko, co odbiegało od standardów. Hanz ustawił się za moimi plecami i podpowiadał jak suflerka Komorowskiemu. Piotr – możesz teraz?!. Pomimo odchyłek wiatru start przebiegł bez zakłóceń. Odleciałem na przedpole rampy w słaby bąbel o sile 1,8 m/s. Walczyłem jak umiałem, macając końcówkami skrzydła centrum najsilniejszego noszenia. Przekładałem kierunek krążenia z lewego w prawe wygrywając tylko w A3=270 metrów. Potem „zmyło” mnie ze zbocza w niewielkim czasie. Po 15-tu minutach znalazłem się nad kampingiem i na bezpiecznej wysokości przekroczyłem rzekę Drau. Po chwili wleciałem na krąg lądowiska w Bruggen. Przy silnym wietrze i prawidłowym profilu lądowania musiałem ponieść koszty przyziemienia w wysokości 60 euro.

Poniedziałek 8 czerwca

Wjazd „wesołym autobusem” przebiegł sprawnie wzdłuż malowniczego zbocza. Start wykonałem ok. 13.00 i od razu z prawej udało mi się „wsiąść do windy”, która przy noszeniu 5 m/s zabrała mnie prosto do nieba, czyli pod sufit na 3134m. Dopiero uzyskując taką wysokość można coś planować. Warunki meteo podpowiadały, aby lepiej zacząć „spacer” na kierunku wschodnim. Tam było widać lepiej rozbudowane cumulusy. Postanowiłem wziąć kurs na Radelberger Alm. Nie było łatwo. Szukałem bąbli na kantach i urwiskach wzgórz. Po osiągnięciu celu i obfotografowaniu Radelberger odleciałem na południe w kierunku Weissensee. Tam przyglądając się linii brzegowej jeziora, planowałem już podróż moim gumowym kajakiem po jeziorze. Potem na jakiś czas pozostałem na wzgórzach południowych i woziłem się w słabych noszeniach ok. 1 m/s. Wylądowałem w Brugger po 2h i 13 min. i przeleciałem na GPS 116 kilometrów. Zdobyłem tym lotem 62 XC punktów.

Wtorek 9 czerwca

Wtorek to „zlot dupollo w pupollo” po piętnastu minutach walki o utrzymanie się w powietrzu. Nie było łatwo! Kiedy wleciałem na lądowisko przy kampingu na centralnym pasie lądowań bieliło się od sanitariuszy i policji. W końcu jeden z policjantów macha mi ręką i wskazuje abym odleciał w kierunku Bruggen. Ok – zrozumiałem, ale byłem za nisko. Nie chciałem zostać drugim klientem sanitariuszy i postanowiłem zlekceważyć nakazy. Zdecydowałem się lądować koło karetki. Tak tez przyziemiłem bez kolizji i szybko skołowałem pod Emila sklep. Za pięć minut wylądował helikopter ratowniczy.

Środa 10 czerwca

Dzisiaj od rana pochmurno i zapowiadano poprawę pogody na popołudnie. Postanowiłem napompować kajak i pojechać nad Weissensee. Potrzebowałem trochę relaksu. Opłaciłem parking 3 euro i wypłynąłem z Praditz do mostu w Techendorf. Kolegowałem się z kaczkami, liskami oraz fotografowałem lilie wodne. Tego mi brakowało. Byłem totalnie wyciszony.

Czwartek 11 czerwica ( Nikolsdorf)

Wystartowałem z Emberger o 12.59 przy temperaturze 27 stopni i wilgotności 70 %. Dość mozolnie nabierałem wysokości, aż znalazłem się pod podstawą chmur. Postanowiłem kontynuować lot w kierunku Lienz. Szło mi na początku nawet nieźle, ale na wysokości lotniska aeroklubu Nikolsdorf musiałbym wykonać duży ryzykowny przeskok w rejon schroniska Anna Schutzhaus. Czułem, że to jest wykonalny przeskok dla sztywno płata, a nie dla lotni Flexi. Postanowiłem zawrócić w kierunku Greifenburga. Nagle odczytałem na instrumencie siłę wiatru z południa do 20 km/h. To pomniejszało moją szansę na powrót. Nie poddawałem się, pomimo, że dostałem się w system wiatru dolinowego. Dalszy lot po trasie stawał się bezsensowny. Wysokość, którą wykręciłem z wiatrem musiałem wytracić w locie pod wiatr. Nagle przyleciał do mnie w klasie standard „węglowy szybownik”. Obydwoje „walcowaliśmy” w jednym kominie dość ambitnie. Problemem stawało się to, że wiatr znosił szybowiec w kierunku do lotniska, a mnie od lądowiska. W końcu po dwóch godzinach lotu poddałem się i wyciągnąłem z mojego skórzanego pokrowca rakietę – kopciucha. Odpaliłem knot i rzuciłem go w dół. Niekończący się lot żaglowy na pięknej skalistej ścianie przedłużał tylko moja agonię. Wykonałem głębokie esowanie i wylądowałem lekko pod stok w gminie Flaschberg. Do kampingu oddalonego o 20 km powróciłem autostopem.

Piątek 12 czerwca

Na Emberger Alm wiał spory wiatr do 27 km/h z kierunku południowego. Wystartowałem o 13, 30 i nawiązałem kontakt z kilkoma lotniami już krążącymi nad głowami. Uciążliwy wiatr wykładał termikę i przyklejał ja do zbocza. Należało uważać na separacje boczną. Wysokość, którą mozolnie zdobyłem mogłem błyskawicznie wytrącić. Po godzinie 14-tej stawało się trochę znośniej w powietrzu. Postanowiłem nie odlatywać i pozostać w obrębie Emberger oraz w połowie drogi do Radebergel. Woziłem się pod podstawą i w obrębie środka doliny. Lot trwał 1 godz. 41 i lądowałem w nieprzyjemnym silnym wietrze. Po godzinie na lądowisku zaczęło kropić deszczem. Zrobiło się nie przyjemnie, a ja musiałem jeszcze pedałować składakiem po auto.

Sobota 13 Czerwca

Sobota to dzień pakowania i wyjazdu. Leszek podał mi niesprawdzone wiadomości i powiedział, że do 9 rano muszę opuścić kamping. Okazało się że dopiero o 11-tej. Z tego powodu wstałem za wcześnie. Pomimo, że mój urlop trwa do 15-tego czerwca postanowiłem go przerwać ze względu na nie lotną pogodę. Przed obiadem wybrałem się na zwiedzanie malowniczego wąwozu z wodospadami i licznymi małymi historycznymi schroniskami. Jest tam aktywny młyn wodny – przygotowane paleniska i kominki w starych chatach myśliwskich. Dookoła zdobią stare narzędzia rolnicze. Po długim relaksie przy wodospadzie, postanowiłem zjechać składakiem na kamping. Tam pożegnałem się z nowymi wspaniałymi znajomymi – instruktorem, pilotem szybowcowym i lotniowym Markusem Hanisch z Altes Lager oraz z sympatycznym Gernotem. Urodziny postanowiłem spędzić z rodziną.

Do zobaczenia za rok

Dodaj komentarz


Top